O autorze
Jestem politologiem i wschodoznawcą. Państwo jest silne siłą swoich obywateli i ich zaangażowaniem, dlatego zająłem się działalnością pozarządową – pracowałem w fundacji Projekt: Polska w ramach której realizowałem ogólnopolskie projekty edukacyjne, obywatelskie i międzynarodowe wymiany młodzieżowe. Byłem najmłodszym wiceprzewodniczącym Rady Miasta w Kościanie. Pracowałem też jako ekspert w Gabinecie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.

Obecnie jestem sekretarzem generalnym Nowoczesnej. Jestem też posłem. Pracuję w komisji spraw zagranicznych, komisji do spraw służb specjalnych i Polsko-Ukraińskiej Grupie Parlamentarnej.

Zapraszam również na mój profil na Twitterze i Facebooku.

Kryterium: uległość wobec Ministra Obrony Narodowej

Gdy o sytuacji w Wojsku Polskim zaczynają z troską pisać poważne, międzynarodowe media, to trzeba zacząć się martwić. Tym bardziej, że przyczyny tej troski nie są wydumane. Historia zna bowiem mało takich przypadków, gdy w czasie pokoju jakakolwiek armia straciła 80-90% najwyższej kadry dowódczej. Nie trzeba sięgać do przykładu wojny Sowiecko-Fińskiej, żeby zdać sobie sprawę, że to preludium do klęski w ewentualnym konflikcie. Przypomnijmy, że w latach 2005-2007 PiS podobną polityką spowodował lukę pokoleniową w Wojsku Polskim, szczególnie w Siłach Powietrznych. A siedem lat temu armia straciła w katastrofie Smoleńskiej dowódców wszystkich rodzajów sił zbrojnych i szefa Sztabu Generalnego.

Mało kto o tym wie, ale Wojska Polskie ma jeden z najlepszych systemów szkolenia i awansu zawodowego w Polsce. Lepszy niż wiele firm komercyjnych. Awans wymaga odpowiednio długiego doświadczenia na niższym stanowisku zarówno w jednostkach liniowych, jak i w sztabie. Co więcej wymagane jest ciągle kształcenie. Pułkownik powinien mieć doktorat, a wielu generałów ma za sobą studia w najlepszych akademiach wojskowych na zachodzie. Generałowie, którzy dziś odchodzą studiowali w National Deffence University czy Royal Military Academy. Nie chodzi o to, że promowani obecnie przez MON oficerowie nie mogliby zostać pułkownikami i generałami. Po prostu jeszcze nie powinni.

W armii mamy do czynienia z czystką na niespotykaną skalę, której kryterium jest uległość wobec Ministra Obrony Narodowej. Dowódcy są zmuszani do odejścia lub odchodzą sami nie chcąc firmować szkodliwych dla bezpieczeństwa Polski decyzji.
Żołnierze wiedzą, że nawet po odejściu ze służby nie powinni wypowiadać się na temat przyczyn swojej dymisji. A gdy to robią, nawet tak oględnie jak dziś, oznacza to, że poważnie oceniają sytuację. Jednak opinia publiczna jest skazana na domysły, przecieki oraz komunikaty MON.

To nie przyczyny, a skutki działań MON są dużo ważniejsze. O sile armii decyduje profesjonalizm dowódców i jakość uzbrojenia. W obu kwestiach nie ma dobrych wiadomości. O dowódcach było powyżej. O uzbrojeniu też nie można powiedzieć niczego, co napawałoby nadzieją. Gdzie są wieloletnie programy zakupów uzbrojenia? Gdzie są śmigłowce, które miały być kupione do końca roku? Przypomnijmy tylko, że największą słabością podczas misji w Afganistanie był właśnie brak śmigłowców transportowych. Polscy komandosi musieli korzystać z transportu amerykańskiego. Czy MON chce robić tak samo w przypadku ewentualnego konfliktu na terenie Polski?

Nie ma się co dziwić, że nic nie wiadomo o planach zakupów uzbrojenia. 50 tysięcy ochotników Wojsk Obrony Terytorialnej, którym za dwa dni ćwiczeń miesięcznie trzeba będzie płacić 500 złotych, skutecznie skonsumuje środki, które można wydać na modernizację armii.

Nota bene projekt Obrony Terytorialnej w rzeczywistości nie ma na celu zwiększenia bezpieczeństwa Polski, bo mieć tego nie może. Zderzenie takich oddziałów z profesjonalną armią musi skończyć się tragedią. Celem jest szybkie wprowadzenie do korpusu oficerów własny ludzi z cywila. W WOT zostają nimi osoby po miesięcznych kursach! Następnie będzie można ich przenieść i szybko awansować w regularnych jednostkach. Podobnie kontrolę nad armią turecką przejmowali islamiści.

Co o tym wszystkim myśli Świat? Sojusznicy coraz bardziej niepokoją się stanem polskiej armii. Opinia publiczna na Zachodzie zaraz zacznie się zastanawiać, jak bardzo angażować się w ewentualną obronę Polski, skoro ona sama chyba nie chce się bronić, bo zwolniła 80% dowódców swojej armii.

Panie i Panowie z PiS, to nie jest rok 2005. Dziś jesteśmy po wojnie w Gruzji i aneksji Krymu. Dzisiaj nie jest czas na patriotyczną retorykę, tylko na realne działania. Nie jest czas na czystki, tylko na zakup uzbrojenia.

Si vis pacem, para bellum.
Trwa ładowanie komentarzy...